sobota, 19 kwietnia 2014

nienawidzę...

przepraszam. Przepraszam, że napisze taką nie-wesołą notkę w te "piękne" święta. Ale jestem smutna. I wkurwiona. Troche smutna, a troche wkurwiona.
Nienawidzę:

  1. zdjęć zakochanych par na insta/face i na realu też ich nie cierpie. Coraz bardziej mnie przygniata fakt, że ktoś kogoś kocha na tej planecie, a ja swoj ostatni związek zakończyłam w zeszłe wakacje. Od tego czasu były jakieś pojedyncze przypadki, ale nic więcej. Taka jestem GRUBA, SAMOTNA, BEZNADZIEJNA. Każdy sobie kogoś znajdzie, każdy. Tylko nie ja. BO JESTEM CHOLERNIE GRUBA!!!! Czuję się taka niekochana,tak bardzo mi brakuje tej ekscytacji i miłości:(
  2. moich szalonych, pijanych, imprezujących znajomych. W tym roku kończę 16 lat i mam najbardziej chujowe życie na świecie. Piję czasami, czasami się upijam, ale nie mam super-duper, imprezowej paczki znajomych, którzy by mnie gdzieś wyciągali, z którymi czułabym się okej. W wakacje miałam paczkę znajomych z moją przyjaciółką. Nie byli to szaleni super ludzie, ale w miare dobrze spędzało się czas. Niedawno odnowiły się kontakty. Oni wychodzą dalej, moja przyjaciółka razem z nimi - ja już nie. Weekendy są straszne. Kiedy każdy gdzieś wychodzi... poza mną. 
  3. mojego pierdolonego laptopa, który ma zepsutą ładowarkę i sie wyłącza co 10-15 minut... Tak, to też musiało trafić na tą listę -.-
  4. mojej rodziny. Jest nas 5- dwie starsze siostry, ja i rodzice. Teraz siedzą wszyscy obok w pokoju i sobie żartują. A ja siedzę w pokoju obok. Bo mnie ta rodzina przecież nie obejmuje, prawda?:) Do tego moja najstarsza siostra cały czas ma do mie problemy. Studiuje w dużym mieście, żadko wraca. Niedawno przyjechała i już z góry coś do mnie miała. Nie gadamy od paru dni ;)
  5. siebie. Tego, że jestem słaba. Beznadziejna. Że dzisiaj robiąc turbo-spalanie, wytrzymałam, uwaga uwaga - 27 minut. Z przerwami. Że nie mogę być silna, nie umiem też być miłym czlowiekiem. Nie cierpie siebie. Jestem beznadziejna. I jeszcze bardziej nie cierpie siebie. Wy jesteście cudowne - trzymacie sie diety, pracujecie. Ja od nowego roku, potem od 1 dnia wiosny składałam sobie jakieś beznadziejne obietnice. I wyszło z tego gówno. Chyba tylko tyle moge wywnioskować, że jeszcze bardziej nie cierpie siebie.
  6. presji. Tego, że mam niedługo testy, a sama wywieram na siebie presje dostania się do super liceum. Do tego dochodzi mama, która tez mi powtarza, że albo ide do najlepszego liceum, albo tutaj, do mojego małego miasta. Najgorsza jest starsza o rok siostra, która uczy się w elitarnym liceum. A ja? Ta mała gówniara jest słaba, ona sie nie dostanie, nie ma szans!!!
  7. mojej przyjaciółki. Żeby spędzić z nią czas, muszę ją o to wyprosić tydzien wczesniej, bo ona sobie gdzies tam wychodzi i ma mnie w dupie. Czuje sie taka niepotrzebna.
Podsumowując, brakuje mi chłopaka, nie cierpie mojej rodziny, presji ze strony liceum, braku mojego imprezowego życia oraz przyjaciółka też troche zawodzi mnie. 
No i tak wygląda życie Shan. 
Otworzyłam sie w tej notce. Nie musicie jej czytac, jesli wam się nie chce. Najważniejsze, że ja ją napisałam. Czułam taką cholerną potrzebę.

Co tu wiele mówić? Nienawidzę siebie. Tego, że nie jestem na tyle bogata, żeby mieć ten piękny ogródek i taras obok swojego domu. Że mi brakuje wielu rzeczy. Że ciągle dążę do tej niewidzialnej idealności.

btw. zrezygnowałam z diety baletnicy, macie racje- to jedzenie jest jakies wtf. Mialam to samo na 4 dniu. Musze pomyslec nad inna, okresloną dietą. Jakies propozycje? Pomijając sgd i abc.




jestem do niczego, beznadziejna.
przepraszam za wszystko

środa, 16 kwietnia 2014

Dieta baletnicy

Wszystko jest dobrze. Nie pisalam, bo zbytnio nie mialam czasu, ale wchodzilam na wasze blogi, bardzo was dopinguje motyle:*
Dziś stwierdzilam ze porzucam sgd, a wracam na rozpoczeta kiedys 10dniowa diete baletnicy. Wiem ze jest ona okropnie wycięczająca, ale daje ponoc mozliwosc 10kg w 10dni. Zakladajac ze po zakonczeniu bede intesywnie cwiczyc, jesc malo i zdrowo to moze z jojo wroci ok 3-4 co by i tak bylo zadowalajace;) jednak teraz 23 kwietnia mam testy gimnazjalne i nie moge sobie pozwolic na wycieńczenie. Zaczełabym ja zaraz po testach.
Trzymajcie sie chudo!



+ a moze kiedykolwiek ktoras z was byla na tej diecie? Jakies opinie?

piątek, 11 kwietnia 2014

#5 SGD Początek i koniec.

hej.
5 dzień SGD- spierdoliłam. Jutro mam 650 kcal, postaram się w ramach "przeprosin" samej siebie, zjesc 400 max, lub zrobić głodówkę. Nawet wolę nie zamieszczać bilansu, bo chyba mnie wyśmiejecie. Od rana wpychałam w siebie wszystko, pomimo, że nie czułam ani trochę głodu. Co za porażka. Na szczęście wieczorem z przyjaciółką wzięło się nam na wspomnienia, i oglądałyśmy nasze wakacyjne zdjęcia, włącznie z tymi w stroju kąpielowym. To chyba była największa motywacja jakiej mi trzeba. Z góry mówię - nigdy w życiu nie wylewał się ze mnie tłuszcz, ogólnie tak rodzinnie raczej jestem normalnej wagi, ale ja chcę kości. Wystających kości biodrowych, obojczyków, chudziutkich ramion.
Dzisiejszy temat notki. Początek i koniec. Początek, bo chciałabym tutaj odpowiedzieć na całkiem trafne pytanie Red Queen- jak to się zaczęło. A więc to. Czyli? Odchudzanie, obsesja na punkcie swojego ciała i kalorii. No cóż. Od zawsze była obok mnie starsza o 1,5 roku siostra. Która ma chudziutkie nóżki, jest ładniejsza i gniecie mnie pod każdym innym względem. Podczas wakacji w zeszłym roku, gdziekolwiek się z nią pojawiałam, nikt nie zwracał uwagi na mnie, wszyscy chcieli tylko z nią pogadać, ją poznać. To po pierwsze - chcę schudnąć, żebym to ja miała szanse na zostanie obiektem zainteresowania. Żeby to również mnie podziwiano. Kolejny powód- strasznie wkręciłam się w świat modelingu. Parę miesięcy temu napisała nawet do mnie scouterka z agencji modelek, powiedziałam, że podeślę jej polaroidy, ale nigdy nie odważyłam się tego zrobić... Na początku, jak dostałam od niej wiadomość, obiecałam sobie, że zaczne ćwiczyć, jeść super rzeczy itp. Ale to się nie stało. I tak do dzisiaj podziwiam modelki, świat mody, stojąc z boku. Faktem jest, że nie jestem mega wysoka, ale myślę, że gdybym była baardzo chuda, to miałabym szanse pomimo wzrostu (na azjatyckim rynku modelek nie trzeba byc bardzo wysokim). I to chyba główne powody, dlaczego to sie zaczęło. Pomijając te oczywiste, jak to, że po prostu chcę dobrze wyglądać w ciuchach, mieć najmniejszy rozmiar i być tą chudą przyjaciółką.
A dlaczego koniec? Ponieważ dzisiaj zaczęłam się zastanawiać, co będzie, jak skończy się SGD. Lub jak dojdę do wymarzonej wagi. Lub jak już będą mi wystawać kości. Co wtedy? Co jeśli będę chciała zacząć jeść normalną dawkę kcal jak np 1200 kcal dziennie? Czy wówczas momentalnie przytyję 5 kg i efekty diety pójdą w zapomnienie? Jak to będzie na końcu, kiedy osiągnie się swój cel? Jakby nie patrząc, ana to nie jest prosty styl życia, jak bycie wysportowanym, czy coś takiego. Dlatego myślę, że ćwicząc podczas diety (tak delikatnie, jakieś kardio, czy coś typowo na spalanie) utrwalę efekty. Ale nie mam pewności. Jak wygląda wasz punkt widzenia w tej kwesti?

Trzymajcie się motylki
i nie dajcie się napadom!
S.

#4 SGD

Hej.
Jestem Shan. Nienawidzę swojego ciała i nienawidzę napadów jedzenia. Jestem na 4 dniu SGD. 1, 2 i 3 zaliczone - 4 nie. Ale się nie poddaje, bo pierwszy raz w życiu jestem na restrykcyjnej diecie. Muszę się nauczyć, że mi nie wolno chcieć. Uczę się nienawidzić jedzenia. Bo tak bardzo chciałabym mieć kości na wierzchu. Nienawidzę umięsnionych ciał, są takie aseksualne!!! A kości są śliczne. Modelki są kościste. Jak dopnę swego i schudnę, zgłoszę się do agencji modelek. To jest chyba mój największy cel, pomimo, że nie jestem mega wysoka.
A ponieważ czytanie waszych blogów i pomaganie sobie nawzajem jest dużym wsparciem, to założyłam tego bloga. Będę tu zamieszczać swoje bilanse. Od jutra zaczyjąc.
Trzymajcie się chudziutko!